back home

No i wróciłem do domu. Otwieram drzwi, wchodzę, stoję w przedpokoju, słyszę żonę i malucha, zagaduję bez kontaktu wzrokowego, czekam na radosne “TATUUUUUŚ!!!!“, czekam… no przecież musi, jeszcze moment i zatrybi, wołam… czekam… zaglądam, wyglądam, macham ręką… i w końcu… poszedłem do łazienki umyć ręce.

Zero. Nic. Olewka. Tak to jest się nastawić, zwizualizować sobie hollywoodzki powrót taty, zwolnione tempo, euforia, skok w objęcia… tia…

Ciekawa rzecz, bo jako zwolennicy i entuzjaści bycia jak najwięcej z małą, mamy trochę dość. Coraz częściej wkrada się irytacja, chęć odpoczynku, brak pozytywnej energii. W sumie dobrze, że to przedszkole będzie, za pół roku, ale zawsze. Będzie czas dla siebie i siebie wzajemnie :)

Z innej beczki – rowery. Byliśmy z młodym szukać nowych dwóch kółek. Przymierzał się trochę, padło na ramę 18, bo dobra na teraz i ze 2 lata do przodu. Chce nowy rower, żeby jeździć do szkoły, a że ta w mało ciekawej okolicy, to… jak tu przetłumaczyć, że ma jeździć na starym, żeby go po tygodniu jakieś elementy nie zdjęły z tego nowiutkiego, świecącego i puściły piechotą do domu? Samo parkowanie przed szkołą na kilka godzin to pół biedy, skuteczna blokada waży “tylko” ze 2 kg, ale jest właśnie kwestia samej jazdy nastolatka przez blokowisko. Jak się rower straci, będzie bardzo żal, ale to tylko rower, ale nie wiadomo na jakich debili trafi, jeśli trafi, i co mu zrobią. Mnie jak naście lat temu “kroił” dresiarz z zegarka w tramwaju, to przynajmniej nie wpadł na pomysł pocięcia mnie nożem, ale, jak mówię, raz się uda, raz nie… Ja się wtedy mniej bałem niż mama, a teraz jestem w odwrotnej sytuacji, też się boję bardziej niż dorastający nastolatek przeświadczony o swojej nieśmiertelności…

Eh… strach jeździć na nowym, wstyd na starym, bez sensu autobusem, za daleko pieszo. Panie premierze, jak żyć? ;)

 

Fajny obrazek znalazłem. Może nie w temacie, ale trafny. Ja mam już inne plany, a Wy?

jak długo da się wytrzymać?

Długa przerwa w pisaniu, przepraszam, jeśli ktokolwiek tęsknił. Pochłonięty jestem ostatnio i cytując klasyka „bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i będę ku…. jak brzytwa.” ;)

Pierwszy raz w życiu nie będę się widział na żywo z córą przez 4 dni. Dobrze, że jest Skype. Ale gdyby nie było, pomyślcie sami, bo… przecież kiedyś nie było. Wiem, że faceci krótkie niewidzenia i tak znoszą lżej niż mamusie, ale jednak to jest kawał czasu. Pierwszy dzień to raczej zero jakichś tęsknot, w końcu to tylko jeden dzień i myślę, że mężczyźni prędzej odczuwają ulgę, że się wyrwali, mają w końcu trochę spokoju i czasu w samotności, czy tylko z kumplami. Niewielu o tym mówi otwarcie, ale… no jest tak czy nie jest? powiedzcie sami ;)

Drugi poranek bez radosnego świergotu dwulatki już wywołuje lekki dyskomfort, kurcze… czegoś brakuje… Rzecz jasna za resztą rodziny też tęsknię, żeby nie było, ale sami rozumiecie, najmłodszy jest zawsze przez jakiś czas oczkiem w głowie.

Tak się zastanawiam, jak ojcowie pracują np. na kontraktach i wyjeżdżają na wiele dni, tygodni, czy nawet miesięcy i nie widzą się przez ten czas z najbliższymi. Dobra, widzą, ale nie czują, przytulają, spędzają wspólnie czasu. Od razu mam przed oczami Clarksona z TopGear, który przed niezmiernie trudnymi wyzwaniami zwykł mawiać: „How hard can it be?” („Jak trudne to może być?”). No i myślę, że przykładowo przy miesiącu – niemal niewykonalne w moim wypadku. A na pewno potwornie frustrujące, destruktywne dla rodzinnych więzi, między rodzicami i dziećmi, małżonkami… Słyszałem, że to umacnia związki, ale nie bardzo wierzę, że tak jest. Mieliście kiedyś tak długie okresy bez bycia z tak małymi dziećmi? Jak wrażenia?

Brrr….

Ten spór jest w wielu domach wiecznie żywy i zwykle zaostrza się a) w zimie, b) przy małym dziecku. To spór między rodzicami, czasem między rodzicami a dziadkami, jeśli, o zgrozo, mieszkają z nami pod jednym dachem…;) Chodzi o temperaturę w mieszkaniu.

W kwestii komfortu termicznego jesteśmy raczej spolaryzowani, albo ktoś jest ciepłolubny albo zimnolubny. Wpływ na to, kim jesteśmy, ma na pewno wychowanie, tzn. warunki, w jakich sami wzrastaliśmy. Jak w dzieciństwie w domu było zimno i teraz jesteśmy ciepłolubni, to będziemy grzać w piecu, byle tylko nie spadła temperatura w domu poniżej 21*C :) Zimnolubni wietrzą w mieszkaniu gdy tylko się da, a na termostacie po kryjomu co jakiś czas obniżają docelowe ciepło o 0.25*C :) U nas tak właśnie jest.

Mądre książki radzą, by przy noworodku było w mieszkaniu ze 22*C, a w łazience przy kąpieli istna sauna, później z wiekiem dziecka już na szczęście nie trzeba aż tak grzać. Sam jestem zwolennikiem chodzenia w bluzie po mieszkaniu, jak komuś zimno, niż grzanie całą dobę, żeby śmigać za wszelką cenę w T-shircie. I hasło “za wszelką cenę” może faktycznie być bardzo kosztowne, szczególnie przy mrozach, które były ostatnio.

Mamy mieszkanie otoczone z każdej strony sąsiadami, którzy przypuszczalnie mocno grzali, jak na dworze było -25*C. Bez ogrzewania (ale i bez wietrzenia…) u nas byłoby pewnie z 17-18*C, także naprawdę nieźle. W nocy grzejemy do 19,5*, w dzień do 21* (było 21,5 ale wczoraj zmniejszyłem :) ) i trzeba przyznać, że dobicie do tej temperatury trwało bardzo długo. Pytanie, czy warto wydawać np. 50% więcej na gaz, żeby zagrzać w mieszkaniu o 1*C więcej?

Nie wiem, czy znacie jakieś badania (na dzieciach), które by to potwierdziły, ale wielu rodziców, zwolenników zimnego wychowu (chodzi o temperaturę a nie związek emocjonalny z dzieckiem) jest przekonanych, że dzięki temu ich dzieci mniej chorują od tych żyjących w cieplutkich mieszkaniach. Członkowie klubów morsa też nie zwykli skarżyć się na katar. Kiedyś zimy były ostrzejsze, domy zimniejsze, ciuchy przewiewniejsze, apteki puste, sklepy puste, szczepionek brak i co? Chorowaliśmy więcej? Je często słyszę, że dzisiejsze dzieci są słabe, chorowite…

Każdy żywy organizm, który umieści się w trudnych warunkach, walczy. Jak jest zimno, walczy o ogrzanie się, jak atakują go bakterie i wirusy, walczy by nie rozwinęła się choroba, itd. Jeśli nieustannie chronimy dzieci przed tymi “trudnymi” warunkami, to nie uodparniamy ich, nie przygotowujemy na jeszcze cięższe sytuacje. Nie mówię, że macie iść i wyłączyć całkiem grzanie, ale może 23*C i zaparowane okna w mieszkaniu, to idealne warunki.. ale dla grzyba na ścianie…